czwartek, 1 listopada 2012

Święto Zmarłych? Tylko w Toraja!!!!

ŚWIĘTO ZMARŁYCH!!! - wymarzony dzień na włóczęgę po Tana Toraja, której mieszkańcy mają osobliwy stosunek do zmarłych oraz ceremonii pogrzebowych....


O piątej rano obudziły nas koguty! Okazało się, że wioska jest ich pełna. Dranie darły się jeden przez drugiego budząc w nas mordercze instynkty i pobudzając do rozmyślań "ile trzeba by było zapłacić za zatłuczenie czyjegoś koguta kijem"...

Z ostatniej chwili:
nasz przewodnik przyszedł do hotelu tłumacząc, ze nikt nie chce z nami jechać bo jestem za duży (nie trzeba chyba dodawać, że nie jestem większy niż wczoraj wieczorem), radzi nam wynajęcie auta i pojechanie samemu (nie proponuje że pojedzie z nami w aucie)... Wyglada na to, ze zgodził się wczoraj na cenę (900k Rp) a dzisiaj mu się nie opłaca i nie wie jak się z tego wywinąć....

--- wieczorem ---

Przewodnik z wczoraj zaczął ściemniać i koniec końców wyszedł ze słowami, że jak nie wróci za 10 minut, to znaczy, że nie ma imprezy. No i nie wrócił.

Właściciel hotelu zaczął nas namawiać na samodzielny objazd. Wypożyczenie motoroweru i jazdę do miejscowości, w której - jak się dowiedział - trwa pogrzeb. Trochę byliśmy sceptyczni, bo nie dość, że jeżdżą tu po wariacku, to jeszcze po lewej stronie drogi. W dodatku drogi poza miastem miały być ciężko przejezdne dla niedoświadczonych motocyklistów a my pod tą kategorię podpadamy... :)



Z "naszym" Nico
Ponieważ trzeba było ruszyć tyłki, to poszliśmy do centrum zobaczyć jakie mamy opcje. Ni z tego ni z owego zaczepił nas jakiś koleś wylegujacy się w cieniu w jakiejś bocznej uliczce. Po chwili rozmowy okazało się, że jest przewodnikiem (a jakże!) a tym się różni od innych, że ma swój samochód i nie musi doliczać kosztu wynajęcia kierowcy. Na wejście zaproponował nam cenę taką jak jego poprzednik po ciężkich negocjacjach i to w wariancie z autem a nie motorkiem (czyli w sumie na wejściu był tańszy).

Zwyczajowe delikatne targowanie przyniosło kolejne 10% upustu za wycieczkę, w której mieliśmy zobaczyć groby w skałach, kamienie megalityczne i - najważniejsze - uczestniczyć w pogrzebie.

Na razie poprosiliśmy pana żeby przemyślał cenę i poszliśmy szukać kogoś kto mi w końcu przyszyje urwany pasek od sandałów. Znalazł się takowy, siedzący w kucki, rzemieślnik i przyszył co było do przyszycia za 0,5USD. Tym samym jeden z moich sandałów jest naprawiony na Borneo (w zeszłym roku) a drugi na Sulawesi. 


Obok fachowca spotkaliśmy dwie Niemki, które zagadnąłem, z nadzieją że się skuszą na naszego przewodnika, bo może - po zrzutce - byłoby taniej. Niemki jednak miały już plany ze swoimi znajomymi (w dodatku cenę za przewodnika miały podobno super niską) więc nic ze wspólnej zrzutki nie wyszło...

Wróciliśmy do "naszego" przewodnika. Dobiliśmy targu i po chwili podjechał rozklekotanym vanem. W czasie drogi do pierwszego miejsca, okazał się całkiem spoko gościem, bardzo rozmownym i skorym do opowiadania o otaczającej nas rzeczywistości.



Dotarliśmy do miejsca (Lemo), w którym w skale wydrążono wiele grobów, w których chowani są Torajanie. Wygląda to jak kwadratowe jaskinie, wyżlobione czasem na wysokości drugiego piętra, do których - po bambusowej drabinie - wnoszone są trumny. Miejsca pochówku "pilnują" drewniane figurki nazywane tutaj tau-tau.

Otoczenie pól ryżowych, dżungl itd. zrobiło swoje - miejsce oboje uznaliśmy za piękne a tau-tau wytarzane w warsztatach znajdujących się u podnóża klifu były jednocześnie niezwykle realistyczne jak i lekko przerażające (wyobrażają często zmarłych, których grobu pilnują...)

Zrobiliśmy mały obchód polami ryżowymi i wróciliśmy do naszego przewodnika (Niko). W międzyczasie dowiedział się on o wiosce, w której trwa ceremonia pogrzebowa a dokładniej ta jej faza, w której rozległa rodzina zmarłej przybywa na ceremonię ofiarowując w darze świnie i bawoły, które są rytualnie zabijane a
mięso częściowo gotowane i jedzone a częściowo rozdawane uczestnikom uroczystości.

Jazda do wioski z pogrzebem była dość przygodowa, bo nie dość, że droga zwęziła się tak, że trudno nam było się wyminąć z motorowerem, to jeszcze zamiast asfaltu mieliśmy coś w rodzaju baaaaardzo nierównego bruku i nachylenie około 40%. No ale jakoś się przepchnęliśmy i dotarliśmy na miejsce ceremonii...




Pierwsze wrażenie było słuchowe: przeraźliwe kwiki świń przywiązanych do bambusowych kołków i czekających na swoją kolej do zarżnięcia.

Drugie wrażenie było wzrokowe: kilku lokalesów ćwiartujących maczetami świeżo ubitą świnię. Dookoła siedział tłum gości i gaworzył między sobą w najlepsze, traktując świniobicie i ćwiartowanie jako rozrywkę w tle, na którą tylko od czasu do czasu rzucali okiem.

Trzecie wrażenie było węchowe: zapach kałuż krwi, zmieszany z odchodami zwierząt oraz specyficzną wonią dżungli. Momentami naprawdę zapierało dech.


A to dopieo początek...


Przeszliśmy - przekraczając leżące, powiązane świnie - do centralnego placu uroczystości. Tworzył go czworobok krytych dachem niskich platform, na których rozsiadło się 500-600 osób - od całkiem małych dzieci do starców. Jeden z boków stanowił dom rodzinny szanownej zmarłej, której trumna - bogato ozdobiona - widoczna była na balkonie (tak więc mogła się "przyglądać" wszystkiemu co się działo w czasie uroczystości na jej cześć... Na środku placu widniała olbrzymia kałuża krwi po porannym szlachtowaniu w tym miejscu bawołów (świnie zabija się na zapleczu i tylko kawały mięsa sortuje się na ogólnym widoku).
Tak w ogóle, to szanowna zmarła pożegnała się z tym światem albo 6 miesięcy albo 2 lata temu (przewodnicy obecni na miejscu nie byli w tym zgodni). Do dnia ceremonii była traktowana jak chora a nie zmarła. Jej ciało zabalsamowano i leżała w otwartej trumnie w jednym z pokoi. Przez cały ten czas domownicy traktowali ją jako chorą, ale jednak ciągle członkinię rodziny - przynosząc zakupy do domu, ich cząstkę stawiali przy zmarłej,robiąc sobie posiłek - drobiny umieszczali obok trumny itd. Dopiero po obecnym pożegnaniu, zostanie uznana za "naprawdę zmarłą" i przeniesiona - po kilkudniowej ceremonii - do grobowca.

Atmosfera na miejscu była naprawdę niesamowita. Czytaliśmy oczywiście o tych pogrzebach i spodziewaliśmy sie wielu rzeczy, ale mimo to zobaczyć na własne oczy to zupełnie inna sprawa. Prawie wszędzie leżały powiązane świnie, oraz stały woły będące prezentami dla zmarłej od przybywających rodzin. 


Wnuczęta szanownej zmarłej
W wielu miejscach, na leżących na ziemi bambusowych matach ćwiartowano mięso i noszono je na zaplecze do kuchni. Co jakiś czas jedna z rodzin cofała się poza plac wraz ze swoimi darami i wchodziła uroczyście aby ofiarować je zmarłej (widocznie do tej pory świnie i woły były wprowadzone nieoficjalnie :), zasiąść w specjalnym domu (w czasie, gdy ksiądz wyczytywał co dana rodzina ofiarowała) i poczekać aż najbliższsi zmarłej dołączą do nich i zjedzą ceremonialnie drobny poczęstunek. Po jakimś czasie wracali na swoje miejsca na platformach i po chwili na plac wchodziła następna rodzina...

W ten sposób schodzą pierwsze dni pogrzebu. Natomiast jutro od rana mają być zarzynane woły i to nie na zapleczu, ale na samym środku placu ku chwale zmarłej i uciesze gości.

W ogóle widać, że woły to dla Trojan bardzo ważne zwierzęta i towarzyszą im przez całe życie (często mieszkają pod - umieszczonymi na palach - domami ludzi) aż do śmierci, gdy umierają wraz z nimi.

Ponieważ, za radą Niko, kupiliśmy dużą paczkę paierosów, to Donka ofiarowała je siostrze zmarłej po czym wszystkie panie z najbliższej rodziny denatki, podchodziły do nas podać rękę, podziękować i ... zaakceptować nas jako oficjalnych gości pogrzebu.

Spędziliśmy w tym miejscu kilka godzin spotykając się z życzliwością, zaciekawieniem,chętnym pozowaniem do zdjęć i możliwością zajrzenia w każdy kąt: od kuchni prowadzonej przez kobiety na zapleczu, przez miejsce szlachtowania świń aż do zaszczytu przycupnięcia na platformie szefa wioski.

Ludzie byli bardzo uprzejmi i mimo, że nie wybuchali jakimś szalonym śmiechem, to atmosfera była raczej pogodna. Zaleta takiego podejścia do pogrzebu: przez miesiące (a może lata) życia z "chorą" przyzwyczaili się do myśli, że nie ma jej między nimi i mogli skupić się na godnym pożegnaniu. Mężczyźni nawet nosili ze sobą długie na jakieś pół metra kije bambusowe, w których mieli lokalne wino palmowe (mam dostać na spróbę jutro).

Bardzo, bardzo nam się tam podobało. Wszystko było ciekawe i tak skrajnie inne od tego co znamy z Polski. Trojanie w jakiś sposób zachowali - mimo chrystianizacji - wierzenia animistyczne i całkiem serio podchodza do spraw związanych z duchami zwierząt, ludzi itd.

Narobiliśmy całe mnóstwo zdjęć ludzi, zwierząt,domów obwieszonych bawolimi rogami i powoli zebraliśmy się w dalszą drogę.... Jutro rano przyjeżdżamy znowu obejrzeć ofiarowanie z 6-8 bawołów...


Przepiękną drogą wśród pól ryżowych (mam nadzieję, że chociaż kilka ze zdjęć robionych przez okno odda piękno krajobrazu) przejechaliśmy miejsca, gdzie pochówki są dodatkowo upamiętniane wbitymi w ziemię na sztorc kamieniami "megalitycznymi" (cudzysłów stąd, że dzieje się tak podobno dopiero od kilkuset lat wiec z tym "megalitem" to lekka przesada, chyba że Niko coś poplątał albo my go źle zrozumieliśmy).

Potem już prosto do hotelu, bo tropikalna pogoda zrobiła swoje i pomimo trzeciej po południu padaliśmy z nóg. Prysznic i drzemka postawiły nas na nogi i po małym spacerku zasiedliśmy do kolacji w naszej knajpce. Tym razem spałaszowaliśmy satay'e orazwieprzowinępo trojańsku (w ciemnym sosie na bazie soji) - PYCHOTA. Filiżanka kawy ma zapobiec zaśnięciu w kafajce internetowej, w której ja piszę ten tekst a Donka szaleje na fejsbuku Pandorowym... Za chwilę upload paru zdjęć oraz tego tekstu a potem już tylko kindle w dłoń i czytanie....

Jutro dalsza część pogrzebu, miejsce z wiszącymi trumnami oraz drzewo, w którego dziuplach grzebano zmarłe dzieci... No i decyzje co do dalszych planów - dużo zależy od możliwości transportowych w centralnym Sulawesi...