Kolejne parę dni w Black Marlin nie różniło się w zasadzie wiele od siebie.
Rano wstawaliśmy na śniadanko, ok. 9:00 było pierwsze nurkowanie (najczęściej w odległości 10-20min łódką), potem powrót na lunch i drugie nurkowanie po 14:00. Poza tym książki, książki, książki. Żadnego internetu, sygnału telefonicznego (z jednym wyjątkiem) i kompletnie nic do roboty poza odsypianiem zaległości.
Sam ośrodek był dość średni. Nie żeby narzekać na zakwaterowanie - domki stały o 2m od wody, miały duże łóżko z moskitierą, wiatrak na suficie i łazienkę obok. Nie ma co też zarzucić jadalni, która była tuż przed biurem, zadaszona, ze stołami i ławami oraz poduszkami, na których można się było wygodnie rozłożyć.
Natomiast dwie rzeczy dały nam się we znaki: braki wody słodkiej oraz słabiuuuutkie jedzenie.
Woda teoretycznie powinna być między 6 a 8 rano i po południu. W czasie gdy nie ciekła ona z kranu, gość powinien korzystać z dużego pojemnika, który się podstawiało pod prysznic i napuszczało doń wodę "na zaś". Sęk w tym, że wody nie było prawie nigdy rano koło 7:00 gdy się budziliśmy ani też gdy wracaliśmy z nurkowania a woda z w/w pojemnika może i nadawała sie do tego żeby polać sobie nogi czy plecy, ale na pewno nie do tego żeby wymyć w niej twarz czy przepłukać ręce przed zmianą soczewek kontaktowych...
A jedzenie? Hmmm, jedyne czego nie brakowało to ryż. Poza tym, trzeba było być bardzo uważnym sięgając po rybę czy warzywa, bo nabrawszy zbyt dużo można było pozostawić innego gościa hotelu bez posiłku (nawet były stosowne tabliczki, uprzedzające o tym, żeby nie brać na talerz dokładek bez upewnienia się, że inni już sobie nałożyli).
Generalnie mógłby Black Marlin się nieco przyłożyć. Zresztą także do dive masterów. Robili swoją robotę, ale ni cholery nie angażowali się specjalnie w wyszukiwanie ciekawostek życia podwodonego: krewetek, krabów, nude branches itd... Współtowarzysze, którzy przybli na Kadidiri z Bunaken, nazywali ich "lazy boys".
Rafa wokół Kadidiri nie jest w jakimś spektakularnym stanie i nie ma nadmiaru ryb, ale jednak jest parę miejsc, w których korale wyglądają nadal wspaniale a przy odrobinie szczęścia można się natknąć na żółwia, trochę drobiazgu rybnego czy wielkiego napoleona wielkości dobrze wypasionego prosiaka :)
Szczególnie jeden biały szczaniak - Sunto - upodobał sobie Donke i witał ją z pełnym zaangażowaniem, gdy przychodziła na posiłki czy wracała z nurkowania.
Ciekawie rozwiązany był dostęp do telefonii komórkowej. Na całym terenie ośrodka było jedno miejsce, gdzie łapało się słabiutki zasięg. Dosłownie krok w bok nie było już nic. W miejscu tym powieszona była drewniana skrzyneczka z półką na telefony. Można tam je było zostawić i przy duuuużej dozie cierpliwości wysłać sms'a.
Na wyspie poznaliśmy parę Finów (Simo i Annulina), którzy - jak się póżniej okazało, towarzyszli nam aż do końcowych dni wakacji w Indonezji. A tak, to przez ośrodek przesuwało się co trochę po jednej dwie osoby, ale nigdy chyba nie było nas więcej jak 20 sztuk.




