piątek, 9 listopada 2012
Bombowiec pod wodą i ruszamy na północ
Na czwartek przewidzieliśmy odpłynięcie z Kadidiri dalej na północ do Gorontalo i Manado, ale jeszcze przed popołudniowym zaokrętowaniem się na promie, czekało na nas nurkowanie w miejscu, gdzie zatonął bombowiec B24 z czasów II wojny światowej.
Nurkowanie okazało się niezapomniane. I to z dwóch względów.
Po pierwsze, wrak samolotu, leżący na 20 metrach okazał się bardzo fajny. Można było obejrzeć prawie wszystkie szczegóły wyposażenia kabiny pilotów czy wieżyczki z działkami. Śmiesznie to wyglądało, bo na fotelu pilota rozpanoszyła się całkiem spora skrzydlica i z oburzeniem spoglądała na spozierających przez okienka nurków.
W środku samolotu - dało się wsadzić głowę do wewnątrz - widać było sporo skrzynek i... rodzinkę błazenków czującą się tam jak u siebie.
Na skrzydłach i kadłubie urosły już całkiem spore gąbki i korale, tak więc samolot okazał się naprawdę fajowy, gdy już tam dotarlismy...
No właśnie: "gdy już tam dotarliśmy"... Ech, dive masterzy z Black Marlina... :(
Tym razem trafił nam się czarny jak noc, mocno zbudowany gość o imieniu Jimmy czy jakoś tak (pochodzi z Papui i jest szefem policji na Togeanach). Całe nurkowanie wydawało się łatwe: schodzimy po linie bojki na głębokość około 18m i płyniemy jakieś 10-15m żeby dotrzeć do wraku...
Proste? Proste, o ile się wie w którą stronę należy płynąć od tej bojki. Jimmy wybrał zły kierunek i w efekcie kręciliśmy sie przez 20minut w czwórkę w wodzie o widoczności jakichś 2metrów na głębokości 18-20m. W końcu postanowił się wynurzyć (sami sobie zrobiliśmy przystanek bezpieczeństwa, bo Jimmy na takie bzdury nie miał czasu) i okazało się, że jesteśmy jakieś 30m od miejsca w którym leży samolot. Przepłynęliśmy się po powierzchni i... znowu w dół (raczej nie jest to praktyka zalecana przez PADI). Tym razem trafiliśmy w sam samolot...
....
Po nurkowaniu, popłynęliśmy jeszcze na Kadidiri na symboliczny lunch i około 15:00 łódka zabrała nas, Finów i jeszcze paru ludzi do Wakai na publiczny prom, który około17:00 wypływał do Gorontalo, gdzie miał przybyć około 4:00 rano następnego dnia (atrakcja: po drodze przekraczając równik).
Na promie byliśmy już jak u siebie, bo był to ten sam statek, na którym przypłynęliśmy parę dni temu z Ampany. Znaleźliśmy sobie miejsce i potem postaliśmy na górnym pokładzie patrząc jako Togeany nikną w mroku zapadającej nocy.
Nie powiem, całkiem fajnie tu było. Takiego odizolowania od świata, czyściutkiej i cieplutkiej wody w morzu czy odgłosów dżungli tuż za domkiem nie może zepsuć nawet słabo prowadzony ośrodek nurkowy...
Na pokładzie poznaliśmy parę backpackerów z Polski, którzy na samych Togeanach spędzili cały miesiąc przenosząc się z wyspy na wyspę i snorklując w róznych miejscach. W ogóle byli strasznie zakochani w tym miejscu, bo z rozmowy wyniknęło, że specjalnie przylecieli tutaj z Wietnamu (czy z Kambodży) po raz drugi... Fajnie - każdy powinien mieć ulubione miejsce na ziemi: taki np Mabul, Livigno czy Płaską k/Augustowa :)
Prom jak to prom, parł pomalutku na północ i te ~100km od Gorontalo zamierzał zrobić w około 9h. Dość szybko znudziło mi się wiercenie na foteliku i po prostu położyłem się na podłodze z głową na naszych plecakach (szkoda, że nie zrobiliśmy jak Finowie - poszli na górny pokład i w najlepsze spali sobie pod gołym niebem z lekką bryzą wywołaną ruchem statku).
Subskrybuj:
Posty (Atom)

