sobota, 3 listopada 2012

Z Rantepao na północ do Ampany


3 listopada rano spakowaliśmy manatki i pożegnaliśmy hotelik w Rantepao. Zostawiliśmy plecaki u Niko a sami ruszyliśmy na spacerek w poszukiwaniu kartek pocztowych, fryzjera i może jakichś pamiątek do kupienia.

Acha, dzień wcześniej wieczorem jedliśmy lokalną specjalność czyli piapiong. Jest to zapiekane w łodydze bambusa mięsko z warzywami i dużą ilością ziół. Smakuje całkiem całkiem. Polecamy. Trzeba tylko zamówić jakieś 3-4 godziny wcześniej żeby zdążyło się zrobić...

Spacer po Rantepao zaowocował kupieniem dwóch widokówek i wysłaniem ich do dzieci, ale przede wszystkim... wizytą u fryzjera! Tak tak, mam obecnie fryzurę ukształtowaną przez panią fryzjerkę z Tana Toraja. W sumie cały "zabieg" przebiegał zupełnie normalnie, aż do czasu, gdy fryzjerka w jedną rękę nabrała talku a w drugą ujęła leżącą na stoliku lekko podniszczoną żyletkę i... chciała poprawić ostatnie niedoskonałości mojej fryzury. Ponieważ jednak talk miał jednoznacznie służyć do tamowania krwawienia ze skaleczeń, jakie najwyraźniej się w trakcie takiego "tunningu" trafiają, to energicznie dałem do zrozumienia, że jestem super zadowolony ze swojej fryzury a jakiekolwiek poprawki mogą tylko zepsuć fantastyczny efekt :)

Donka zafundowała sobie w tym czasie masaż stóp i już bez zbędnej zwłoki ruszylismy na jedzonko a potem zameldowaliśmy się u Niko, gdzie już czekał na nas samochód.

Ku naszemu - pozytywnemu - zaskoczeniu, była to stosunkowo nowa toyota (nawet folie na drzwiach i elementach tapicerki pozostawiono :), która miała A/C i trzy rzędy siedzeń. Towrzyszyć nam miało dwóch kierowców, którzy ni w ząb nie mówili po angielsku, ale dostali wszystkie potrzebne instrukcje.

Ruszyliśmy około 13:00- przed nami 15h drogi przez centralne Sulawesi...

Początek był bardzo efektowny. Jechaliśmy łagodnie wspinającją się w góry drogą, z której rozciągał się b. ładny widok najpierw na Rantepao a potem na większość Tana Toraja. Po pewnym czasie, to co uważaliśmy za atrakcje początku podróży, czyli malowniczą krętość drogi, okazało się jej największą zmorą.

Wyobrażcie sobie 15 godz prawie bezustannych zakrętów. I gdy mówię "bezustannych" to mam na myśli, że między kolejnymi zakrętami o jakieś 45-90st było maksymalnie 3 sekundy jazdy na wprost. I tak się człowiek przetaczał z kąta w kąt toyotki.

Następną atrakcją były kontrole. Parę razy drogę biegnącą przez pustkowia, przegradzał szlaban i kierowcy musieli pokazać swoje kwity i zeznać skąd i dokąd jadą. Raznawet zażądano przekazania naszych paszportów, ale - wierny zasadzie numer jeden: paszport jest zawsze przy tobie - sam wysiadłem i podreptałem z naszymi dokumentami do przydrożnego posterunku. Dwaj żołnierze, siedzący w towarzystwie dwóch kałasznikowów, przejrzeli mój paszport, pośmiali się z mojego wzrostu ("Basket mister? Basket?") i pomachali rękami na odjezdne...

Potem się dopiero okazało, że te kontrole to element większej akcji policyjnej będącej wynikiem zabicia dwóch policjantów w niedalekim Poso (hmm, "zabicia" - wg relacji lokalesa, to tym policjantom odcięto głowy i wrzucono ich do jakiegoś dołu :(

W każdym razie my się tak spokojnie telepaliśmy od zakrętu do zakrętu, godzinka za godzinką, raz pod górę raz w dół.

Gdy dojechaliśmy do Tantany, kierowcy doszli do wniosku, że czas na kolację (jechaliśmy już jakies 8h) i zatrzymalismy się w jakiejś wioseczce, żeby coś przekąsić w przydrożnym warungu. Ja dodatkowo postanowiłem odwiedzić sklepik jakieś 20m dalej. Oczywiście wzbudziłem sensację wśród siedzących tam mężczyzn. Zachowywali się natomiast bardzo przyjaźnie. Zawsze przy takich okazjach się zastanawiam jak reagowaliby mieszkańcy jakiejść polskiej wioski oddalonej od dużych miast i szlaków turystycznych, gdyby w ciemnościach, do jedynego sklepiku wszedł wielki... murzyn :) Musiałoby ich nieźle zamurować. Pozostaje wierzyć, że nasi polscy obsiadywacze wiejskich sklepików byliby tak samo mili i pomocni jak ci indonezyjscy dla mnie... :)

Ostatnią "atrakcją" drogi, o której warto wspomnieć, były przejazdy przez osuwiska ziemi.

Najwyraźniej to o czym czytaliśmy - częste blokowanie dróg w centrum Sulawesi na skutek obsunięć ziemi po opadach deszczu jest prawdą i - sądząc po śladach-  zdarza sie to nie tak znowu rzadko. Co jakiś czas asfaltowa droga zmieniała się w drogę całkowicie gruntową i to był znak, że jedziemy po wstępnie uprzątnientym odcinku drogi, który jeszcze niedawno zawalony był piaskiem, kamieniami i gliną. W jednym miejscu przyszło nam brodzić przez jakieś 100m w wodzie po osie samochodu... Trzeba jednak oddać Indonezyjczykom, że sobie sprawnie radzą. Widać po drodze porozstawiane samochody, które są w stanie dojechać w miarę szybko do każdego zablokowanego odcinka...

Po raz drugi, postój nastąpił w zupełnym środku niczego. Dookoła dżungla, 12:00 w nocy. I tylko jakiś mikry budyneczek, w którym nasi kierowcy na trochę kimnęli i chyba znowu coś zjedli. Spacerowałem sobie asfaltem w tę i z powrotem nasłuchując odgłosów nocnych w lesie równikowym i zaglądając w cienie pod palmami. Obłędnie pachnie i niesamowite odgłosy wydaje ta dżungla...

Mając szczęście i dwóch dobrych kierowców, o godzinie 4:00 zameldowaliśmy się w Ampanie. Noc dospaliśmy na ławce w recepcji hotelu, który prowadził "znajomy" Niko. Plecaki pod głowę i można było pospać...