niedziela, 28 października 2012

Przelot do Azji

28-29.10.2012

Rankiem w Płaskiej pod Augustowem
Rankiem wyjechaliśmy z Augustowa, zostawiając za sobą temperaturę około zera stopni i centymetrową warstwę śniegu. Co prawda w okolicach Gdańska już była normalna jesień, ale i tak czeka nas niezła zmiana temperaturowa.

Około 17:00 zeszliśmy do taksówki wyglądając trochę dziwnie w sandałkach i lekkich polarkach, bo na dworze ciągle około zera i pada deszcz. Odprawialiśmy się z AirBerlin na pierwsze etapy naszej podróży na Celebes. Generalnie zapowiada się dość ciekawie: najpierw AirBerlin do Berlina, potem z tą samą linią do AbuDhabi, tam przesiadka na Etihad i z nimi do Bangkoku. W Bangkoku się prześpimy i następnego dnia - z AirAsia - do Jakarty i dalej z Lion Air do Makassaru ("już" na Celebes :)

Wracając do naszej podróży... Pożegnaliśmy wzrokiem nasze plecaki znikające na pasach transmisyjnych na Rębiechowie (przy okazji: mamy w tym roku wyjątkowo lekki bagaż - ok. 8kg na osobę; ciekawe czego zapomnieliśmy :) z nadzieją, że zobaczymy je za te 9tys km jakie przed nami.

Skok do Berlina nie był niczym szczególnym. Na Tegel mieliśmy kilka godzin czekania na samolot do AbuDhabi. Nieco to dziwnie mają rozwiązane, bo wchodzi się przez odprawę paszportową i security do ciasnego obszaru już przy bramce i... czeka się na krzesełkach. Ani jakieś knajpki z kawą ani nic... Tutaj też musiałem się pożegnać z moim pamiątkowym scyzorykiem. Szukałem go w domu i nie mogłem namierzyć... no to pomógł mi niemiecki pogranicznik, bo okazało się, że nóż był schowany w jednej z wieeeelu kieszonek w jakie wyposażony jest mój plecak podręczny :( Szkoda.

Trafiliśmy do poczekalni i... poczęstowano nas wiadomością, że co prawda samolot jest i czeka na nas, ale... nasza załoga dopiero wyleciała z Monachium i w związku z tym boarding będzie opóźniony o jakieś 2 godziny. Dwie godziny na krzesełkach bez prawa wyjścia do restauracyjek widocznych przez szybę... Niezły początek. W poczekalni dużo Polaków. Widać, że rejs z AirBerlin wygrał w konkursie "jak tanio dostać się do Azji" :) Sama linia ma u nas i tak całkiem duże plusy. Smaczne jedzonko, dobry system rozrywki. Wszstko na wysokim poziomie. Wydawało się, że już nie może być lepiej... do czasu gdy wsiedliśmy do samolotu Etihad'u - ale o tym później.

Ciekawy hotelik widoczny z lotniska w Abu Dhabi
W AbuDhabi wylądowaliśmy rankiem lokalnego czasu. Z lekką obawą czy zdążymy na przesiadkowy lot do Bangkoku. Okazało się, że samolot na nas poczeka więc spokojnym krokiem przeszliśmy przez nowoczesne lotnisko do naszego gate'u.

W samolocie Etihad powitała nas sympatyczna załoga, super fotele (zazwyczaj nawet jak rozkładam fotel to i tak śpię "na dzięcioła" a ten rozłożył się do tego stopnia, że spokojnie można było kimać pół-leżąc) i dobre słuchawki z noise-cancelling. W dodatku zaraz po starcie dostaliśmy menu (a cały czas mówimy o economy class), z którego można było wybrać zupkę, główne i deser. Mnie się najbardziej spodobało stwierdzenie stewardessy, która serwowała napoje "We have wines, we have beers, we have juices.. We have everything! :)" "No to szklaneczkę whisky na dobry sen poproszę :)" (hihi, 8:00 rano ich czasu).

Generalne trudno wymienić jakieś konkretne zalety Etihadu - raczej jest to wiele drobnych, miłych rzeczy. W każdym razie nie dziwię się, że wygrywają konkursy na najlepszą linię lotniczą w wielu kategoriach.

*

Dolecieliśmy do Bangkoku o czasie i wreszcie (po wyjściu z lotniska) poczuliśmy to wspaniałe, gorące, wilgotne i pachnące Azją powietrze. Dobrze tu wracać. W dodatku czujemy się jak bywalcy, wiadomo gdzie iść, wiadomo jakie wydatku się spodziewać. No jak w domu :)

Dzisiaj o tyle nietypowo, że z lotniska przemieszczamy się do domu handlowego Siam Paragon, bo - oczywiście - Donka chce kupić pamiątkowy koralik Pandory.

Nigdy jeszcze nie byłem w luksusowej części Bangkoku. Sam mall, jak to mall - równie dobrze mógłby znajdować się w Gdańsku czy w Nowym Jorku - te same światowe marki, klimatyzacja i nic co wskazywałoby na to, że jesteśmy w Tajlandii. Chociaż, jak się bliżej przyjrzeć to wychodzą te malutkie różnice - trochę inne wzory, parę nieznanych firm, chyba bardziej kolorowe towary... W każdym razie kupiliśmy co trzeba i - po twardych negocjacjach z kierowcą tuk-tuk'a, pojechaliśmy w "nasze" strony w okolice Rambutti Street.

Na marginesie: warto wystawiać do negocjacji Donke. Tajowie mają jakiś mentalny problem w negocjowaniu z kobietą. Najpierw próbują jej słuchać, ale zwracać się do mnie a jak widzą, że nie reaguję, to starają się szybko zakończyć negocjacje. Czasem kończy się tym, że nie chcą w ogóle negocjować, ale często opuszczają cenę bardziej, żeby mieć nas już z głowy.

Spacer Khao San Road do "naszego" hoteliku na Rambutti był przedzieraniem się przez ciżbę backpackerów z całego świata. Tłok jak zawsze. Te same towary, te same usługi, te same knajpki... Wbijamy się do pokoju, szybkie odświeżenie i na kolację, bo głodnij jesteśmy masakrycznie. Pierwsze kęsy kurczaka w curry, spring rolls'ów i satayów smakują niebiańsko. Co jak co,ale z tajską kuchnią nie może się równać żadna azjatycka... no, może malezyjska daje radę i sushi z japońskiej... Warto się najeść, bo w Indonezji aż tak dobrze nie będzie (chociaż seafood powinien być pierwsza klasa). Po kolacji szukamy jakiegoś szefca żeby przyszył mi urwany pasek od sandała. Taka sama awaria zdarzyła się rok temu na Borneo i wtedy - za dolara - naprawił mi buta uliczny naprawiacz sandałów. Tutaj okazuje się, że nie ma chętnych na taki zarobek a najlepsza rada jaką dostałem, to "pójść do świątyni" - podobno schodzą się tam majsterklepki od różnych rzeczy i świadczą usługi na poczekaniu. Niestety, świątynia otwarta będzie dopiero rano więc zamiast naprawiać buta, idziemy na masaż. Za 22zł od głowy zostaliśmy wymiętoszeni na wszystkie możliwe spospoby, co po dwudziestu godzinach podróży było bardziej niż wskazane. W dodatku w czasie poprzednich podróży namierzyliśmy fajną masażernię - masaże odbywają się na łóżkach w cichym ogrodzie zamiast - jak w większości miejsc - na leżaku na ulicy. Potem już tylko spacer i spać... jutro przenosimy się do Indonezji.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz