![]() |
| Nic dziwnego, że trudno tu szewca znaleźć - umarłby z głodu :) |
Ciekawostka: pakując w Gdańsku plecak, wrzuciłem po prostu do niego ciuszki na tydzień niespecjalnie zwracając uwagę na to, które np. t-shirty wybieram. W efekcie wczorajszy dzień spędziłem w koszulce z dużym napisem SPAIN (kupiona w czasie EURO do kibicowania Hiszpanom). Oczywiście co chwila musiałem się mierzyć z pytaniem czy jestem z Hiszpanii - bo oczywiście każdy hiszpańczyk ma 190cm i jasne włosy :)
Szukanie autobusu do Rantepao zajęło pewną chwilę, bo podawanie kierowcy nazwy terminalu podanej w przewodniku LP kończyło się dowiezieniem na jakiś plac, na którym ani autobusów ani ludzi. Dalsze naciskanie skończyło się dowożeniem nas do - chyba - warsztatu, w którym przygotowywano autobusy do drogi (w każdym razie chyba to był warsztat, bo pełno tam było pojazdów upchanych jeden przy drugim i kilka tuzinów lokalesów pucujących je ze wszystkich stron i grzebiacych w silnikach). Nazywała się ta firma BINTANG PRIMA i - jak sie okazało później - rzeczywiście oferowała dobry serwis do Rantepao (no, tylko raczej nie z tego miejsca, w którym byliśmy).
Męska rozmowa z kierowcą w oparciu o rozłożony na klapie bagażnika przewodnik skończyła się dowiezieniem nas w końcu na terminal, z którego odchodziły autobusy do Rantepao.
Szczerze, to pierwszy raz jechaliśmy takim autobusem. Przewodnik mówił co prawda, że warunki są dość dobre, ale to co zobaczyliśmy przeszło nasze oczekiwania. W autobusie było tyle miejsca, a siedzenia tak się rozkładały, że można się było rozciągnąć prawie na płasko i uderzyć w kimono. Tak powinny wyglądać wszystkie autokary.
![]() |
| W autobusie... |
Niesamowite - Sulawesi miało być znacznie słabiej zasiedlone jak Jawa a tu widoki identyczne.
![]() |
| Za tymi górami zaczyna się Tana Toraja |
Wieczorem dojechaliśmy do Rantepao i zaraz po wyjściu z autobusu zostaliśmy przechwyceni przez przewodnika. Powiedział, że pomoże nam trafić do hotelu a potem porozmawiamy o jego ofercie. W sumie czemu nie.
Hotelik wybrany na chybił trafił z przewodnika okazał się dość drogawy (20USD za dwójkę), następny "hot water" miał tylko na kartce, bo z kranu leciało coś umiarkowanie letniego więc w efekcie wylądowaliśmy w Wisma Monton. Cały hotel jest pusty, bo widać że obliczony na białasów, którzy przyjeżdżają tutaj w sezonie. Natomiast negocjacje i tak skończyły się zaledwie 25% upustem, bo - jak powiedziała panienka z recepcji - "szef nie ma nic przeciwko temu, że hotel jest pusty po sezonie" :)
Poszliśmy z naszym przewodnikiem na kolację i rozpoczęły się negocjacje. Facet podobno obsługiwał polskie grupy z firmy TRAMPEK albo SUPER TRAMP (trudno było do końca zrozumieć) więc trochę graliśmy na "cenę dla Polaków". Umówiliśmy się na pojeżdżenie z nim motorbikiem, odwiedziny na pogrzebie i jakiś trekking trzeciego dnia. Zobaczymy co to z tego wyjdzie...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz