Dzisiaj od rana obcujemy ze zmarłymi w wielu postaciach.
Najpierw pojechaliśmy z Niko do tej samej wioski, gdzie byliśmy wczoraj na pogrzebie. Ceremonia nadal trwała i na dzisiaj było przewidziane rytualne zabicie i poćwiartowanie kilku wołów.
Pierwsze wrażenie: gdzie się podziali wszyscy ludzie???? Było znacznie mniej osób niż wczoraj (może około 100-200). Widać też było, że dzisiejszym dniem zainteresowani są głównie mężczyźni, bo to oni w głównej mierze zgromadzili się wokół placu.
Głównymi bohaterami było około 20 wołów różnej wielkości i maści. Zdziwiła nas z początku ta ilość, ale okazało się, że nie wszystkie idą dzisiaj pod nóż - mimo, że wszystkie są prezentami dla uczczenia honoru zmarłej.
Rodzina denatki miała wybrać które z nich zostają w stadzie a które zostaną dzisiaj zabite. Ilość tych ostatnich zależy od zamożności rodziny - "naszą"familię szacowano na 6-8 sztuk.
Wół jest zabijany rytualnie na cześć zmarłej i jego spirit wspiera ją w niebie. Mięso jest od razu ćwiartowane i część jest przyrządzana dla gości ceremonii, część idzie do spiżarni a jeszcze inna część wraca do gości-ofiarodawców. Czasami mięso jest podobno nawet wysyłane w pudełku do rodziny np. w Jakarcie, która nie mogła przybyć na pogrzeb.
Dzisiejszego dnia było za to więcej białasów. Niestety tego najsłabszego - dla mnie - gatunku turystów. Takich co to przychodzą na pogrzeb bez żadnego szacunku dla lokalesów, w butkach na obcasie, włażą na środek placu itd. No trudno... bywa i tak.
Początek polegał na podjęciu decyzji przez męską część rodziny zmarłej w sprawie wyboru tych wołów, które powinny zostać ubite. Pozostałe stopniowo wyprowadzano, aż na placu została szóstka wybrańców.Trzymane za kółko przeciągnięte przez nozdrze, stały bardzo spokojnie przeżuwając coś tam w pyskach...
Samo zabicie było niesamowite w swej prostocie. Naiwnie wyobrażałem sobie, że żeby zabić wielkiego byka maczetą trzeba się nieźle wysilić żeby podciąć mu gardło na tyle głęboko, żeby wykrwawił się na śmierć. No i że trzeba do tego odpowiednio dużej maczety.
A tutaj...
Byka trzymał za kółko w nosie chuderlawy wyrostek. Zwierzę zostało przywiązane za przednią nogę do kołka wbitego w ziemię. Wyrostek zadarł bykowi nos do góry odsłaniając gardło. Zwierzę stało bardzo spokojnie. W tym czasie zbliżył się drugi mężczyzna i podał trzymającemu byka maczetę - wcale nie jakąś wielką (ot takie 30-35cm ostrza), za to widocznie bardzo ostrą. Koleś dosłownie pacnął byka w gardło i to wystarczyło, żeby zrobić nacięcie głębokie na tyle, żeby przeciąć tętnice. Puszczony byk zazwyczaj skakał bezgłośnie do przodu, ale trzymający go za nogę sznurek nie pozwalał na oddalenie się. Po sekundzie zwalał się na ziemię, lejąc obficie krew z rozciętego gardła. Czasami od razu przestawał się ruszać a czasami i po paru minutach potrafił jeszcze podnieść głowę albo wierzgnąć nogą, gdy ktoś ukłuł go w nią maczetą.
Niesamowite, że wszystko odbywało się w całkowitej ciszy.
Żadne ze zwierząt nie zaprotestowało, nawet nie ryknęło - nawet gdy były przeprowadzane i uwiązywana na zlanej krwią poprzedników ziemi, tuż obok ich martwych ciał.
Po paru minutach było po wszystkim i w miejsce stojących do tej pory zwierząt, na placu leżało bez ruchu 6 wielkich ciał.
Do roboty zabrali się rzeźnicy i bardzo sprawnie zaczęli zdejmować ze zwierzaków skórę a potem ćwiartować ciało. Prędko pojawił się też wielki garnek, do którego wrzucano obmyte podroby aby ugotować na miejscu zupę.
Dość to wszystko niesamwoicie wygląda dla nas, przyzwyczajonych że wołowina ma albo kształt żywego zwierzęcia albo plastra mięsa w supermarkecie.Tutaj odbywał się regularny ubój. Mięso leżało na trawie, przykryte mrowiem much, obwąchiwane przez pieski i przerzucane z kąta w kąt przez pokrytych krwią ludzi, palących przy tym papieroski. A wszystko to obserowowane przez tłumy dzieci, turystów i dorosłych lokalesów.
Widać też było, że ceremonia ceremonią a biznes biznesem. Odbywało się odsprzedawanie ofiarowanych wcześniej byków i co chwila ktoś z rodziny szanownej zmarłej wracał na widownię z plikiem pieniędzy za odsprzedane zwierzę. Widać też, że czuwano nad sprawiedliwością podziału mięsa aby każdemu dano tyle co się należy, wg starszeństwa i zasług.
W tym wszystkim czuliśmy się na miejscu, przyjaźnie traktowani przez wszystkich i obdarzani zrozumieniem, że dla nas to nowość i w związku z tym wszystko chcemy widzieć, wszystko chcemy wiedzieć i wszystko sfotofgrafować. Z Donką zaczęły się przekomarzać dzieci z rodziny gospodarzy co zaowocowało wspólnymi zdjęciami, smiechem i pojedynkiem na lizaki :)
Zostaliśmy długo, na tyle długo żeby grupy turystyczne sobie poszły (o tym właśnie mówię - w poszukiwaniu prawdziwej Trojana przyszli raptem na 15 minut podrzynania gardeł; nic z obserwacji wzajemnych stosunków między ludźmi, podziału mięsa, zwyczaju odsprzedaży prezentów itd :(. )
Dostaliśmy herbatki od gospodarzy, nauczyliśmy się trochę anatomii wołu (np. polędwica wołowa już nigdy nie będzie dla nas anonimowym kawałkiem mięsa, od kiedy widzieliśmy jak się ją wykrawa ze świeżo zabitego zwierzęcia), pojedliśmy ciastek z lokalesami... Doczekaliśmy się nawet momentu, w którym jakiś bardziej kulinarnie wymagający lokales postanowił urozmaicić zupę wołową odrobiną wieprzowiny i zaczął od dźgania w serce ostatnich dwóch świń do tej pory spokojnie sobie odpoczywających pod werandą.
Te dwa dni na pogrzebie były naprawdę bardzo ciekawym przeżyciem. O ile się potrafi porzucić przyzwyczajenia z naszego wysterlizowanego świata i zaakceptować zwyczaje tych ludzi, to można dostrzec dość wzruszającą więź jaka ich łączy z otaczającą przyrodą: w momencie śmierci człowieka, towarzyszy mu byk i świnia, których mięsem żywił sie przez całe życie i których - z drugiej strony - doglądał i hodował więc dzięki niemu i one mogły żyć do tej pory. A wszystko w cieniu palemek zasadzonych na środku placu, dzięki którym - wg tutejszych wierzeń - dusza zmarłego oraz poświęconych zwierząt szybciej ulatywała ku niebu.
Piękne połączenie zwyczajów chrześcijańskich z odwiecznymi wierzeniami wynikającymi ze zżycia się z naturą.
Warto przybyć na pierwsze dni pogrzebu, gdy przybywają goście, wtedy to co się dzieje w dzień zabijania byków widać już w innym kontekście i ani przez chwilę nie postaje w głowie, że to tylko krwawa zabawa na grobie zmarłego człowieka...
---
Z miejsca pogrzebu ruszyliśmy w kierunku grobów dziecięcych.
Wg tutejszych wierzeń, dziecko - doczasu gdy żywi sie tylko mlekiem matki - jest czyste i słodkie więc nie grzebie się go w tradycyjnych grobach, ale dłubie dziuple w wybranym drzewie i tam składa ciałko zmarłego człowieczka prosząc jednocześnie drzewo aby zabrało syna/córkę i pomogło jak najszybciej wynieść go/ją do nieba (bądź to jako nasionko bądź jako kroplę rosy na liściu). Widać, że niektóre dziuple-groby się po jakimś czasie zabliźniają i tym samym rzeczywiście dziecko staje się nieodłączną częścią drzewa.
Dodatkową ciekawostką jest to, że pochówek musi się odbyć w ciągu 24h. Że kobietom nie wolno być częścią tej ceremonii i dopiero po 3 dniach mogą przyjść i złożyć owoce oraz wodę w darze dla drzewa, które opiekuje się teraz ich zmarłym dzieckiem.
Niesamowite połączenie wierzeń chrześcijańskich z ufnością, że natura pomoże najszybciej dostać się zmarłej istotce do nieba.
----
Niko powiózł nas potem najbardziej bocznymi drogami żeby pokazać krajobraz wiosek torajańskich.
Rzeczywiście urkliwie tutaj jest. Pagórkowato, zielono, spokojnie...
Po drodze rozmawialiśmy o różnych sprawach. Między innymi pytaliśmy o bezpieczeństwo w Centralnym Sulawesi (następny etap naszej podróży) i o te konflikty między chrześcijanami i muzułmanami kilkanaście lat temu. Wg naszego przewodnika, powodem była sytuacja ekonomiczna ludzi wywodzących się z obu religii.Chrześcijanie, jako generalnie lepiej wyedukowani, lepiej sobie radzili z uprawą i zarabiali więcej pieniędzy co się oczywiście przekładało na lepszy poziom życia. Na tle zazdrości zrodziły się waśnie, te przerodziły się w zamieszki i krwawe starcia. A że granica podziału ekonomicznego zgadzała się z podziałem religijnym, to...
Żeby być fair, trzeba dodać, że Niko jest chrześcijaninem więc istnieje możliwość, że jego opinia nie jest całkowicie neutralna.
----
Ostatnim przystankiem były wiszące groby.
Za piękną wioską jest klif, w który - zamiast drążyć mini-jaskinie - powbijane są poziomo belki, na których ustawione są drewniane trumny z zawartością. Co do zawartości ma się absolutną pewność, bo trumny do tej pory pomurszały, część z nich spadła i wysypują się z nich kości i czaszki zmarłych dawno temu ludzi.
Miejsce jest niesamowite. Lekki półmork. Specyficzny stęchły zapaszek dżungli. Kości i czaszki na wyciągnięcie ręki (żadnych tam linek oddzielających i tym podobnych zabezpieczeń).
Wszystko to tworzy dość makabryczny klimacik. Warto zobaczyć. A wykorzystać to doświadczenie można różnie: albo transcendentnie jak Donka: "ot i tyle z człowieka zostaje" albo praktycznie jak ja "ach to tak wygląda staw kolanowy, który mnie łupie na nartach" :)
Naprawdę ciekawe miejsce z gatunku tych, co to nie spotyka się ich na świecie w każdym kraju. Tubylcy, mimo że prowadzą parę sklepików z pamiatkami, to nie są nachalni i nie przeszkadzają w odbiorze atmosfery.
Ciekawostka: w sklepikach z pamiatkami są oczywiście kopie figurek strzegących grobów, wszelkiego rodzaju koszulki " I love Toraja" i.... ręcznie (chyba) wykonane pokrowce na lapotpa :) Tak się tradycja zderza z nowoczesnością.---
Po powrocie do Rantepalo rozliczyliśmy się z Niko, którego możemy śmiało polecić jako rzetelnego, profesjonalnego przewodnika. Wg naszego rozeznania nie był też drogi.
Obiecaliśmy mu wrzucić namiary na niego na polskiego travelbita i międzynarodowy thorn tree.Zamieszczam je też tutaj:
Nico Embatau
tra_wesi@yahoo.comwww.amasingsulawesi.com
tel: (62) 813 4243 0789, 423 21873---
"ostatnią przysługę" jaką nam oddał Niko, jest wynajęcie autka z kierowcą, który nas podrzuci do Ampany. Tym sposobem będziemy w mieście na czas aby złapać w niedzielę prom na Togean Islands (pływa tylko w niedziele i czwartki)
Jutro koło południa ruszamy









Brak komentarzy:
Prześlij komentarz