Donka najwyraźnie lepiej dopasowała się do krzywizn drewnianej ławki w lobby hoteliku, bo nie wykazywała chęci do spacerów...
Okazało się, że hotel jest tuż obok morza i akurat w tym miejscu lokalesowi rybacy sprzedają nocny połów gospodyniom domowym oraz właścicielom knajpek. Oczywiście pojawienie się białasa spacerującego z aparatem wywołało zwyczajową porcję "Hallo Mister!".
Mama dwóch dziewczynek poprosiła o możliwość zrobienia im - swoim aparatem - zdjęcia ze mną a potem - w ramach rewanżu - pogonila obie córeki do pozowania mi na tle oceanu (czemu obie oddały się z zaangażowaniem prawdziwych modelek).
Dalej jakiś starszy rybak usiłował sprzedać mi świeżą rybkę na śniadanie. A jeszcze po dalszych kilkuset metrach, zobaczyłem jak się przygotowuje kurczaki do jedzenia.
Dość powiedzieć, że nie obiera się ich z piór, gdy są jeszcze w całości (no - bez głowy), ale czeka z tym do momentu kiedy taki pierzasty delikwent jest poćwiartowany na kawałki i - chyba - wtedy dopiero wyrywa mu się pióra ze skrzydełek, udek itp...
Nie czekałem żeby się naocznie przekonać, bo po Tana Toraja miałem na jakiś czas dość ćwiartowanych zwierząt...
Po obudzeniu Donki, zjedliśmy śniadanko w hotelu i chlopaki od Niko podwieźli nas ostatnie parę kilometrów do przystani publicznego promu, który odpływał na Togean Island (czyli po naszemu "na Togeany"). Tam się z nimi pożegnaliśmy a oni... zawrócili i w drogę do Rantepao...
Przed wejściem na prom było sporo policji. Jeden taki - z karabinem na placech itd - podszedł do mnie i... zrobił ze mną żółwika pieścią w pięść (ot taki żarcik :). Sprzedano nam następnie bilety do bisnes klasy (6 USD :) i zaokrętowaliśmy się na promie.
Sama podróż upłynęła bez większych wrażeń, tym bardziej, że już od 30h nie zmrużyliśmy oczu w normalnych warunkach, nie mówiąc o jakimś wymyciu się itp więc kiwaliśmy się tak nad swoimi kindlami i co chwila drzemaliśmy...
Po jakichś 5h dopłynęliśmy do Togean Island. Są to stosunkowo nieduże wysepki wciśnięte między dwie najbardziej północne"odnóża" wysyp Celebes. Leżą jakieś 40km od równika, jeszcze na półkuli południowej. Szerokość geograficzna oraz fakt, że są głęboko w zatoce, powoduje że woda wokół nich jest niesamowicie ciepła. Uprzedzając fakty, powiem że wrażenie było takie jakby się wchodziło do wanny. Termometry nurkowe naszych przewodników pokazywały zawsze powyżej 30stopni.
Prom przybił do mini-przystani w Wakai. A tam wsiedliśmy do łódki dowożącej gości do ośrodka Paradise. Czemu tam? Bo oczywiście ampananski przyjaciel naszego Niko miał przyjaciela na Togeanach, który zgarniał ludzi akurat do ośrodka Paradise... Zresztą. Paradise leży na wysepce Kadidiri, na której są też inne miejsca do zatrzymania się więc stwierdziliśmy, że jak nie ten ośrodek to inny...
Koniec końców więc, zabraliśmy plecaki, zapłaciliśmy za łódkę z Wakai (jest darmowa tylko jeśli zamieszkasz w ośrodku - właścicielu łódki) i przenieśliśmy się do Black Merlina. Po szybkiej kolacji padliśmy wreszcie spać w pokoju z widokiem na zaczynający się dwa metry dalej ocena (a dołączyły do nas dwa psy, które spędziły noc na podłodze pod łóżkiem....
Ale o tym już jutro...




Brak komentarzy:
Prześlij komentarz